Wezwanie Lisioła
Wezwanie Lisioła
Lisioł polubił Wojmira już od pierwszych stron księgi „Wezwanie Żmija” pióra Agnieszki Kulbat, bo jak tutaj nie lubić typa odprowadzającego duszę do Nawii za kasę, który nie cierpi swojej pracy. Jednak za coś trzeba pić i do zamtuza chodzić. W dodatku podąża za nim strzyga Żywia, która ma poważny interes – chce zostać szlachcianką! Ponoć ma na to papiery, ale zostały w jej starym dworze. Brzmi jak wiedźmińskie zlecenie, idealnie!
Wojmir ma nie lada problem. Kręci się wokół niego nie tylko strzyga, co chce mu jedno z dwóch serc oddać, ale także nieziemskiej urody szepciucha Stefa. Ta pierwsza w poszukiwaniu przysługi, a ta druga z konieczności, gdyż równość nie wszystkich obowiązuje. Wystarczy jedno słowo – „wiedźma”, a już komuś można życie odebrać. Chrześcijaństwo nie zna słowa równość, tym bardziej urażona męska duma, gdy kobieta powie „nie”. Aczkolwiek Stefa nie zamierza się poddać tak łatwo. Zwłaszcza w wielkim mieście, jakim jest Poznań za czasów panowania Jagiełły.
Duże miasto, duży problem, zwłaszcza gdy w łaźni nachodzi Cię zakonnik *mruknął Lisioł, oblewając futro zimną wodą* pomocy dla swojej zmarłej lubej chce. W ten sposób mamy kolejne zlecenie na liście. Do tego dochodzi cała seria dziwnych samobójstw, przy których nocowanie w zamtuzie to najmniejsze wyzwanie. Jeden widzący, dwie kobity i rosnąca ilość trupów od opętania, co może pójść nie tak?
Książka jest napisana z humorem. Lisioł musi
przyznać, że bardzo mu to przypadło do gustu. Do tego słowiańskie klimaty na
każdym kroku. Ani przez chwilę nie czujemy, że coś jest naciągane czy
nieklimatyczne. Zioła, duszki, upiory, zagubione dusze i oczywiście magia
Welesa. Do tego zagadka wręcz kryminalno-mityczna, Lisiołowi się podoba. Dla
chętnych autorka dorzuciła wątki miłosne, ale na szczęście nie narzucają się
one zbyt bardzo, futrzak docenia.



Komentarze
Prześlij komentarz