Ametyst. Lisia krew

Ametyst. Lisia krew

Lisioł zapragnął oderwać łapy od lądu i zakosztować życia na morzu – oraz rumu! W tym celu zaokrętował się na żaglowiec o wdzięcznej nazwie „Ametyst” z książki Cezarego Czyżewskiego „Ametyst. Książęca krew”. Lisioł musi przyznać, że autor na żegludze się zna i wcale tego nie kryje. Od pierwszych stron zasypuje czytelnika fachowym słownictwem, aż czuć wiatr na futrze, sól morską w pysku i rosnącą chęć do zrefowania bukszprytu. Na szczęście dla niewtajemniczonych został dołączony słowniczek terminów żeglarskich na samym końcu książki oraz plan samego Ametystu. Futrzak nie wstydzi się przyznać, że raz czy dwa zajrzał w te rejony, ale skupmy się teraz na samej fabule.

Ametyst to przyciągający wzrok żaglowiec, ale już niepierwszej świeżości. Podobnie jak doświadczona załoga. Mimo siwych włosów kapitan statku – Hadi Arfar – dał się zrobić w balona. Do portu Galiya w państwie Veresa dopłynął z trefnym zbożem, ale tak trefnym, że nawet urzędnik portowy nie chciał naliczyć opłaty za wejście do portu. *Lisioł podrapał się po łebku, patrząc na uciekające w każdym kierunku robaki* robaczywa sprawa… Nie można jednak załamywać łap. Zwołano naradę, w której wziął udział kapitan, pierwszy oficer – Garen – Królik, czyli wegetariański statkowy czarodziej od wiatru, no i oczywiście Lisioł. Cała czwórka uradziła, że trzeba coś na boku załatwić, może mały przemyt? Zobaczymy, co w łapy wpadnie! I tak wszyscy poszli na łowy, z których zwycięsko powrócił jeden załogant, niosąc intratny, chociaż niekoniecznie bezpieczny interes. I tak się zaczęła przygoda! Musicie jednak tutaj wiedzieć, że pływanie na pokładzie Ametystu obejmuje szeroki pakiet przygód – od zielonych trupów przez skrzypiący maszt, aż po wciąganie takiego towaru, że wooooo! I baby, wiecznie baby na pokładzie, w zbrojach, bez zbroi, spokojne i te spod znaku Deus Vult. Ino zacierać łapki.

Po drugiej stronie tego bałaganu mamy Tharę, dziewczynę pochodzącą ze Svaldaru, czyli z ludu wzorowanego na Skandynawach – pamiętajcie, drogie lisiątka, wiking to nazwa zajęcia lub osoby parającej się grabieżą, a nie określenie ludu.

Thara to twarda babka, która wzięła ślub z księciem Veresy. Jednak zamiast żyli długo i szczęśliwie, zrobił się klops. Dosłownie! *zapiszczał Lisioł, wycierając ogonem krew z podłogi* może nikt nie zauważy... W ten sposób wesele przeszło do jakże ekscytującej fazy „ratuj się kto może” i Lisioł postanowił z tej rady skorzystać. Razem ze świeżo upieczoną księżną dał dyla z zamku, prosto do cygańskiego taboru pod znakiem półksiężyca. Tam w swoim nieskończonym sprycie Lisioł przefarbował się na brązowo, a dla pełnej stylizacji wytaplał się nawet w błocie. Dzięki temu można było przejść do planu B, czyli wielkiej ucieczki! Trzeba przyznać, że Thara to pomysłowa niewiasta. Lisioł bardzo polubił dreptanie jej śladami, chociaż zaczęło to prowadzić na pokład dość dużego statku, o dumnej nazwie „Niezłomny”. Oby prowadzący go kapitan był godny tego przydomku i poradził sobie z wielką pogonią za uciekającą panną młodą. Chcecie znać szczegóły kabały, o której Lisioł piszczy? To jazda, nosy do książki wsadzać *radosne lisie piski*.

Jest jeszcze Wenno – przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu. Lisioł poznał go, gdy młody nowicjusz z Wielkiego Klasztoru maszerował na spotkanie z niewiastą z kobiecego zakonu – Heidą. Nielegalnie, pod drzewkiem, w celu wspólnej i dogłębnej kontemplacji ludzkiej anatomii. Lisioł już zacierał łapki, a tutaj zamiast pięknych scen, musiał futrzak chłopaka po plecach poklepywać, tłumacząc, że to nie pierwszy raz w życiu kosza dostaje. W dodatku trzeba przyznać, że tutaj zaczęły się słabsze momenty książki. Dlaczego? Otóż wszystko, co czytamy o życiu Wenno, jest w tym momencie… całkowicie zbędne – opisy Wielkiego Klasztoru ze szczegółami, akapity informujące o miastach, które mija nowicjusz, płynąc rzeką i tak dalej, to właściwie beletryzowana Wikipedia. Wszystko to – choć przemyślane – jest nam niezbyt potrzebne, ponieważ ta wiedza nie wnosi nic do fabuły oraz rozwoju postaci, a chłopak i tak staje się rozbitkiem na morzu. Gdyby ten wątek zaczynał się od wciągnięcia przemoczonego nowicjusza na pokład, a Wenno stopniowo dzielił się swoimi przeżyciami z załogą „Ametystu” w toku nauki żeglarskiego fachu oraz nawiązywania braterskich więzi, byłoby o wiele bardziej dynamicznie. Natłok pojęć żeglarskich – tym razem związanych z rzeką – po prostu zaczął być męczący. Lisioł musi przyznać, że kręcił nosem, czytając wprowadzenie Wenno – zdarzało mu się nawet przeskakiwać akapity, a to nie jest dobry znak! Dopiero gdy chłopak wszedł na pokład „Ametystu”, a deski zaczęły się znajomo bujać, Lisioł zapiszczał w zadowoleniu.

Miłym dodatkiem do książki jest mapa, na której zobaczycie podobieństwa do pewnych europejskich krajów *Lisioł udaje, że nie widzi Norwegii i całej reszty*, jednakowoż powieść jest warta grzechu. Zwłaszcza jeżeli chcecie poczuć bujający się maszt pod łapami, wiatr w futrze, a w nozdrzach powiew tajemnic, spisku i być może nawet miłości? Drugi tom zapowiada się lisiostycznie. Miejmy też nadzieje, że wydawca utrzyma klasę i kolejna część również zostanie okraszona klimatycznymi szkicami wieńczącymi rozdziały. Lisioł zakończył ten rejs wielce zadowolony. Przygodo, ahoj!
 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nowy Lisi marsz

Dziwne Lisioły

Lisi komiks. Chapter 2 vol 19