Książka kucharska Lisiołów
Książka kucharska Lisiołów
Trzeba przyznać, że Lisiołowi blisko jest do elfa – jest przystojny, mądry, długowieczny i procentowy, a przy tym jaki skromny! Nic więc dziwnego, że futrzak nie mógł przejść obojętnie koło „Książki kucharskiej elfów” pióra Roberta Tuesleya Andersona. Jakież to dania inspirowane losami elfów Tolkiena można zaserwować na swój stół?
Nie trzeba być wróżką, żeby wiedzieć, że mięso nie gości zbyt często na elfickim stole. Spodziewajcie się więc głównie przepisów wegetariańskich, ryb i owoców wszelkiej maści. Oczywiście kurczak czy inne mięsiwo też się czasem trafi np. Bażant z jeżynami z Wielkiego Zielonego Lasu.
Menu zostało
podzielone na: śniadania, lekkie posiłki, dania główne, ucztowanie i wspólne
posiłki (to dla gości), desery i słodkości oraz napoje. Trzeba przyznać, że
wewnątrz książki jest mieszanka przepisów inspirowanych Władcą Pierścieni oraz Silmarillionem – apetycznie. Mamy więc i
wegańską jajecznicę Berena, śniadaniowe babeczki z Silmarilami (nie pokazywać
Fëanorowi), danie na wesele Aragorna i Arweny oraz herbatniki Galadrieli.
Lisioł jak zawsze poleca sprawdzać czas gotowania np. zapiekanka wołowa
Thranduila futrzaka zaskoczyła prawie 12-godzinnym czasem przygotowania.
Książka posiada ładne fotografie i rysunki, ale ma też jeden minus. Górne nazwy
potraw są pisane zdobioną, stylizowaną czcionką. W praktyce Lisioł założył okulary, a i tak
nie zawsze był w stanie rozszyfrować, co tam napisali, zwłaszcza jeśli przyszło
czytać elficką nazwę np. „kurczak z maaaa… mar… mas… eeeee”?. Na szczęście
przepisy są pisane normalną czcionką, podobnie jak spis treści, więc zawsze
można sobie sprawdzić *Futrzak skanuje menu* kurczak z Nargothrondu, a więc to
był N a nie M. Można to potraktować jako plus książki. Poczuć się jak prawdziwy
odkrywca, albo zabawić się w zabawne czytanie razem ze znajomymi, zwłaszcza po
odpowiedniej ilości ponczu króla elfów leśnych.




Komentarze
Prześlij komentarz